Z niewidzących oczu, wydrapuje
koszmar nigdy niedośniony.
Między złym snem a gorszą jawą,
tkwię za skrzydła powieszony.
Zliczając sekundy mego nieistnienia,
zastygam podobnym będąc
do wciąż żywego kamienia.
Z krzykiem w gardle zdławionym,
budzę się nieprzebudzony.